Do każdej z nas

Czasem wychodziłam z domu umalowana i dobrze ubrana. Pchałam przed siebie wózek z dwójką, a trzecią trzymałam za rękę. Uśmiechałam się do świata i prowadziłam z córką ożywioną konwersację. 
– Przysłuchiwałem się waszej rozmowie. Podziwiam panią. – usłyszałam pewnego dnia, gdy w czwórkę siedzieliśmy przy cukierni i karmiłam dzieci drożdżówkami.
Uśmiechnęłam się. Podziw? Dlaczego? 

Bycie kobietą, która nie dość że wychowuje trójkę dzieci, to jeszcze o siebie dba i umie się wysłowić. Idealny obrazek jak z instagrama. Hm.

– Bo ja to sobie trójki nie wyobrażam, mam jedno i ledwo ogarniam. Jak ty to robisz? – te słowa też słyszałam. Hm.

Dawno temu wyobrażałam sobie, że mam dużą rodzinę – dzieci, które otaczam miłością, empatią, wsparciem i zrozumieniem. Perfekcyjny obraz. Wyobrażałam sobie też, że mała różnica wieku między nimi to idealna różnica. Miałam też koncepcję, że im szybciej przejdę przez pieluchy, tym lepiej. Znałam samą siebie na tyle, żeby być pewną, że jeśli raz zamknę rozdział „małe dzieci”, to nie będę chciała do niego wrócić. Utwierdziłam się w tym przekonaniu przy drugim dziecku. Było ciężko, ale myśl o trzecim chodziła mi cały czas po głowie. Bo przecież „Gorzej już być nie może. A tak poza tym to dzieci rosną i zobaczysz będzie fajnie!!!”

Kiedy urodziło się moje trzecie dziecko (a ona także okazała się być highneedem i to trzecim) i niedługo później okazało się, że nasz syn ma opóźnienie rozwoju, zalały mnie totalnie ambiwalentne uczucia i myśli. Z jednej strony poczułam że „wszystkie dzieci mam w domu”, z drugiej uświadomiłam sobie, jak trudno będzie na co dzień.

Ktoś powie „robiłaś, to masz, czego narzekasz?”. Nie piszę tych słów jako narzekania na swój los. Jestem odpowiedzialną osobą, wiedziałam co robię. Piszę te słowa, bo dziś bardzo potrzeba, aby kobiety dzieliły się swoim doświadczeniem. Szczerze.

Jestem w domu 6 lat. Mam za sobą 2190 nieprzespanych w całości nocy i tyle samo dni, których większą część spędziłam w domu z dziećmi. Każde z moich dzieci jest tzw. wysoko wrażliwym dzieckiem. Mam za sobą około 23 000 stron poradników najlepszych specjalistów pedagogicznych, psychologicznych i neurologicznych. Nie czytałam ich dlatego, że tak mnie ten temat fascynuje. Czytałam je dlatego, że byłam świadoma, że jeśli się nie dowiem jak dobrze współdziałać z dziećmi, to albo zwariuję, albo tak zniszczę swoją relację z dziećmi, że w przyszłości nie będziemy mieć ze sobą zbyt dobrego kontaktu. 

I choć teorię mam w małym palcu, to wiem, jak trudna jest praktyka. Minuta za minutą rozwiązuję konflikty najmłodszej ze środkowym, uspokajam płacz jednego, żeby zaraz uspokajać drugie. Przyglądam się absurdalnym sytuacjom, kiedy np. przybiega do mnie z jabłkiem w rękach, tylko po to żeby krzyczeć, że wcale tego jabłka trzymać nie chce.

Są dni, kiedy jestem tak przebodźcowana, że piszę do mojego męża, że chcę umrzeć, bo śmierć kojarzy mi się z ciszą, a tej tak bardzo mi brakuje.

Lustro mam powieszone na tyle wysoko, że stojąc przed nim, nie widzę swojego ciała poniżej obojczyka, bo się go wstydzę i nie akceptuję nadwagi, której się dorobiłam ze stresu i frustracji, wpieprzając ciastka.

Przyglądam się prężnie działającym kobietom i im zazdroszczę, bo chciałabym działać jak one. Mam tysiące pomysłów, rodzą mi się one w głowie najczęściej, gdy przewijam dzieci albo sprzątam kuchnię, a wieczorami, mimo że obiecałam sobie pracować, zasypiam ze zmęczenia.

Jest mi ciężko, gdy widzę zdjęcia znajomych z podróży. Najbardziej mnie frustrują te, na których spokojnie spracerują. Wyobrażam sobie wtedy nas z naszą trójką. Spokojny spacer? Ha.

Kiedy zamykają się drzwi za moim mężem, bo ktoś pracować musi, zaciskam mocno powieki i powtarzam sobie w kółko „dasz radę”. Kilka godzin spędzam sama. Opisywać liczby zadań, które mam do wykonania codziennie, nie będę, bo zajęłoby to więcej niż bym chciała.

Czasem ze stresu szepczę do siebie „Niech ktoś mi pomoże, proszę”. Najczęściej odpowiada mi tylko płacz dzieci. Obok nie ma nikogo dorosłego. Żadnego bufora bezpieczeństwa.

Nie piszę tego, aby w komentarzu przeczytać milion porad. Codzienność jest efektem moich wyborów i etapu rozwoju moich dzieci. Wiem, co robić mogę, a czego nie. Nie mam też na celu demonizować macierzyństwa. Moje bombelki są cudowne i urocze i bardzo je kocham. 

Na celu mam dotrzeć do każdej matki, która jest w domu i ma dosyć. Chciałabym Ci powiedzieć, że choć w domu jesteś sama, to nie poddawaj się. Każda z nas, bez wględu jak dobrze umalowana i ubrana, przeżywa z małymi dziećmi to samo. 

Kiedyś Agnieszka Stein powiedziała, że do wychowania dziecka potrzebna jest cała wioska. Uważam, że to prawda, właśnie po to ta wioska, żebyś nie czuła się tak samotna. Dlatego otocz się kobietami, które cię rozumieją, nawet jeśli możecie porozmawiać tylko przez telefon lub mesengera. 

Będzie lepiej, obiecuję Ci to jako mama trójki. Moja najstarsza jest dziś bardzo zdolną pięcio i półlatką. Widzę w niej wszystko dobre to co udało się nam wpoić i jest teraz milion razy lżej. Zdarzało mi się wątpić, czy sposoby na wychowanie, które praktykuję mają sens. Mają. Naprawdę.

Wytrzymaj.

PS I nie porównuj się z nikim, choć wiem, że to bardzo trudne. Kiedyś przeczytałam mądre słowa, brzmiały one mniej więcej tak „Czy znasz kogoś, kto w identycznej sytuacji jak twoja odniósł sukces, który ci się marzy?” Opdowiedź na to pytanie potrafi dać nam bardzo dużo. Wierzcie mi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *